Baby Tula — Poznajmy się

Jesteśmy rodzicami i jest to dla nas najważniejszym wyzwaniem, największą pasją. Codzienne trudności przemierzamy razem z dziećmi. Czasami w dosłownym znaczeniu, bo nosimy swoje dzieci często i wszędzie.

Praktykujemy rodzicielstwo bliskości, dbamy o zdrowe, ekologiczne odżywianie i pielęgnację naszych dzieci. Czytamy im, uczymy szacunku dla innych ludzi, zwierząt i środowiska. Nie oglądamy telewizji, bo informacje czerpiemy ze źródeł wybranych przez samych siebie, a nie narzucanych nam przez media.

Zaprojektowaliśmy nosidełka Tula na bazie własnych potrzeb i wymagań. My i nasze dzieci, pokochaliśmy Tula i wierzymy, że Twoja rodzina także dostrzeże zalety naszych nosidełek.

Ale może najpierw poznajmy się...                                                       

Ula (ja)  wychowała się w Polsce. Szkołę postanowiła ukończyć w USA i w taki sposób przypadkowo trafiła do San Diego. Mike (mój mąż), urodził się w Wietnamie. Miał roczek, kiedy wraz z rodzicami przyjechał do USA. Nie całkiem przypadkowo, ale także i on trafił do San Diego.

Poznaliśmy się na studiach. Oboje, bardzo spontaniczni, nigdy nie potrafiliśmy zaakceptować zwyczajności i szarej codzienności.

Jako młodzi, niezależni ludzie, po kilku latach pracy i dobrej zabawy, postanowiliśmy zostawić wszystko i podróżować. Wiedzieliśmy, że nie chcemy martwić się teraz o plany emerytalne, a później obudzić się mając 60 lat i mimo statecznej sytuacji finansowej, nie mieć pasjonujących wspomnień i doświadczeń życiowych.

W przeciągu dwóch dni zdecydowaliśmy, że jedziemy. Gdzie? Najpierw Azja. Chcieliśmy poznać kraj i kulturę, z której pochodzi Mike. W Polsce bywaliśmy co roku, wiec nadeszła kolej na Wietnam... A skoro już tak daleko, to, dlaczego nie zahaczyć o inne kraje Dalekiego Wschodu...?! No i nadal było nam trochę mało, bo podróżowanie bardzo wciąga... Wyruszyliśmy następnie do Ameryki Pd. Gdzie? Bilety do Limy, Peru... a gdzie potem - zobaczymy.

Przygodom, jakie przeżyliśmy nie dorównają żadne skarby świata, a przyjaźnie, jakie zawarliśmy pozostaną nam bliskie na zawsze.

Podróże uczą. I to na różne sposoby. Jeden z nich, o którym chcę opowiedzieć, jest związany z ludźmi i ich zwyczajami, a mianowicie kobietami, które nas niezwykle zafascynowały. Ogromne wrażenie wywarły na nas kobiety zarówno w Azji jak i w Ameryce Pd., które kilka dni po urodzeniu dziecka, nie mając możliwości sprzyjających odpoczynkowi i wyłącznemu zajmowaniu się niemowlęciem, musiały powracać do swoich obowiązków. Dziecko wkładały więc do chusty, zawiązując na plecach i powracały do pracy. Dzieci były wyjmowane tylko do karmienia lub przewijania.

Nie wiedząc nic, ani o ciężkiej pracy fizycznej, ani o dzieciach, obserwowaliśmy to z takiego naszego "młodego" punktu widzenia. Szkoda nam było tych kobiet, bo wydawało się, że zasługiwały na odpoczynek. Mimo wszystko, w żadnym momencie nie było nam szkoda ich maluszków. Sposób, w jaki dziecko spokojnie siedziało, szczęśliwe, że jest tak blisko matki, w cieple i bezpieczne, nie wywoływał współczucia.

Z tej podróży, nie wiedząc, że (i kiedy) pewnego dnia sami będziemy rodzicami, przywieźliśmy peruwiańską chustę (tak naprawdę to raczej przypominała ona kocyk) i dziecięcy, wełniany sweterek z alpaki w kolorach Cusco.

No i okazało się, że musiał przemawiać przez nas jakiś wewnętrzny instynkt, bo po ponad dwumiesięcznej wycieczce po Ameryce Południowej, siedząc w kawiarni w Buenos Aires, z wilczym apetytem na kwaśną zupę Tajska Tom Yum, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nasza do tej pory dwuosobowa rodzinka się powiększy! 

Rezygnując z pozostałych planów podróży, zabraliśmy swoją peruwiańską chustę i wełniany sweterek i bardzo szczęśliwi wróciliśmy do domu.

Nasza córeczka od urodzenia nie lubiła być odkładana do łóżeczka, spać lubiła tylko w chuście, więc mama i tata większość nocy "tańczyli" w chuście, którą potem magicznie zamieniali w hamak umieszczony pośrodku łóżka. W nocy córeczka "wędrowała" z naszego łóżka do hamaka, no i często powracała do chusty. W dzień, pomimo wielu zewnętrznych komentarzy o rozpieszczaniu dziecka, nasza dzidzia spędzała większość czasu w chustach, spacerując po pięknym parku Balboa lub plaży Coronado z mamą i tatą.

Julek, następny "dodatek do rodziny", pozwalał rodzicom na kilka godzin snu w nocy, niemniej jednak od około 3. lub 4. miesiąca życia także zasypiał głównie noszony w nosidełku Mei Tai. Pomimo tego, że chustę bardzo lubiliśmy przy pierwszym dziecku, to o wiele szybciej wiązało się nam Mei Tai lub zapinało klamerki od nosidełka ergonomicznego. Wieczorami w domu, owszem, na początku używaliśmy chusty, ale na wyjścia nie zdawała ona egzaminu. Szczególnie przy wyjściach jednego rodzica z dwójka maluchów. Każdy moment się liczył. Poza tym, nasza starsza księżniczka też męczyła się szybko i często maluch musiał jej ustępować miejsca w nosidle, więc ciągłe odwiązywanie i zawiązywanie nie wchodziło w grę.

Pokochaliśmy nosidła miękkie i wypróbowaliśmy różniste dzięki miejscowym klubom noszenia, które posiadały bardzo bogatą wypożyczalnię nosideł i chust. Byliśmy wybredni - widzieliśmy wiele zalet w różnych nosidłach i marzyliśmy o połączeniu ich w jedno, a że nasza Ba Noi (po wietnamsku babcia) jest niezwykle utalentowaną krawcową, na nasze życzenie uszyła nam piękne nosidło spełniające większość naszych wymagań... A w dodatku było ono ładne i kolorowe. Potem już je tylko udoskonalaliśmy. Zajęci pracą i dziećmi, nigdy nie myśleliśmy o tym, aby szyć takie innym rodzicom, ale nasza pasja rosła... i grono fanów naszych nosidełek też.

Dopiero po przyjeździe do Polski, gdzie często na ulicach pytano o nasze nosidełko, wydało nam się bardzo oczywiste, że trzeba by tę energię, pasję do noszenia i kreatywność projektowania w coś zainwestować. Tak też, jak większość naszych decyzji ;), z dnia na dzień postanowiliśmy szyć Tula. Nie kompromisując żadnych z naszych zasad, wierząc, że mieszkając w danym środowisku, trzeba o nie dbać, zdecydowaliśmy wspólnie - Tula musiały być szyte w Polsce!

Naszym pragnieniem jest być szczęśliwymi, spędzać jak najwięcej czasu razem z naszymi dziećmi i żyć bardzo prosto, szanując innych i środowisko. 

Mamy nadzieję, że Tula pozwoli Wam przeżyć wiele wspólnych, fajnie spędzonych chwil.

Ula & Mike

[email protected]