Nadszedł czas, abym nauczyła się przyznawać do własnych błędów. Jest takie powiedzenie: 
"Błądzić jest rzeczą ludzką". Osobistego doświadczenia nikt nam nie odbierze, chociaż szkoda że zdobywa się je najczęściej kosztem własnym i swoich bliskich. 

To, co jest popularne, niekoniecznie jest słuszne – przekonałam się całkiem niedawno. Stary, a jednak głupi jest człowiek, ale tylko skrajny idiota (gr. idios – własny, swoisty) ogranicza się tylko do swoich przekonań, nie licząc się ze zdaniem innych. Przeciwnym, mało przyjemnym zjawiskiem jest natomiast tzw. owczy pęd i całkowity brak własnego poglądu. 

Pobieżnie przeglądając najbardziej popularne fora internetowe dla rodziców, spotkałam się z interesującym zjawiskiem uwielbienia wzrastającego wokół modnego ostatnio w niektórych kręgach tzw. chustowania. Być może pierwsze wrażenie osoby, która nie zgłębi tematu i zrazi się reprezentowanym przez niektórych użytkowników forum radykalizmem będzie negatywne. Można więc, parafrazując myśl Ludwika Pasteura, powiedzieć, że mało wiedzy oddala od noszenia, dużo wiedzy sprowadza do niego z powrotem. Ponadto dodatkowym utrudnieniem jest enigmatyczny język osób udzielających się na forum. Można znaleźć nawet zestawione słowniczki, które mają ułatwić osobom nowym na forum zrozumienie tematów. Ja jednak należę do osób, które usiłują składać meble bez instrukcji obsługi i czytać fora bez wewnętrznych słowniczków. Kiedy więc przeczytałam temat wykazujący wyższość chust nad wisiadłem, pomyślałam błędnie oczywiście, że wisiadłem określa się każde nosidło nie będące chustą. A jednak słowniczek trzeba mi było przeczytać w całości. Wiedziałabym wtedy, że są różne typy nosideł – te złe i te dobre, jak w amerykańskim filmie normalnie (good cop / bad cop). Efekt był taki, że napaliłam się jak szczerbaty na suchary na noszenie synka w chuście, a kiedy okazało się, że mi ten sposób jednak nie odpowiada, załamałam się, a na czole miałam wypisane Bo ja Złom Matkom jestem! Uznałam, że chusty są przereklamowane i dziecko nie potrzebuje być noszone. Chciałam w ten sposób uciec do metody Cry-It-Out (wypłakiwania się), ale na szczęście moje instynkty zwyciężyły i intuicyjnie nie pozwalałam dziecku płakać, biorąc je w objęcia. Trudna była moja walka pomiędzy nowymi trendami cywilizacji, a metodami naturalnego opiekowania się dziećmi. Ostatecznie jednak zdecydowałam się, że nie będę tresować swojego dziecka. Nie wierzę, że niemowlę może płakać bez powodu, albo złośliwie (sic!), więc na każde jęknięcie staram się reagować od razu! Argument o przyzwyczajeniu dziecka do noszenia na rączkach odtrąciłam, ponieważ ono i tak przez dziewięć miesięcy było noszone, tulone i kołysane w każdej chwili! Ponadto jakie dziecko, kiedy nauczy się chodzić będzie chciało być uwiązane bez przerwy do maminych rączek?

Nie widzę racjonalnych argumentów przeciwko noszeniu dziecka. Uważam, że skoro podstawowym zmysłem noworodka jest dotyk, nie wolno mu odbierać przyjemności przebywania blisko siebie! Dzieci naprawdę szybko się uczą i jeśli są cały dzień szczęśliwe, wytulone i nic im nie dolega, to wieczorem spokojnie zasną w swoim łóżeczku. 

Chciałam w tym miejscu zaznaczyć, że fizjologiczna pozycja, jaką dziecko przyjmuje w chuście / nosidle (kolanka powyżej pupy) pomaga dziecku zdrowo się odgazować i nie będzie go wybudzał ból brzuszka! Pozostawione w bezruchu przez cały dzień w łóżeczku nie ma takiej możliwości. 

Trudno byłoby jednak funkcjonować w typowym domu, mając obie ręce zajęte noszeniem dziecka, dlatego chusta wydawała się tutaj konieczna, a jednak ku mojemu przerażeniu nie pasowała mi. I co jeżeli komuś, tak jak mi, z różnych względów (estetycznych, praktycznych, obojętniejakich) chusta nie odpowiada, a słusznie nie chce pozostawiać dziecka w łóżeczku, bujaczku, leżaczku i innych podobnych? Zamiast w uczuciu klęski, porażki, przegranej chodzić sfrustrowanym jak ja, Bo ja Złom Matkom jestem! i nie czytać słowniczków (bo po co? Kto czyta regulaminy zanim kliknie OK?) warto sięgnąć po dobre nosidło nie będące wisiadłem, czyli miękkie, ergonomiczne. 

Na całe szczęście, znalazło się kilka dobrych osób, które grzecznie, bądź nie, mniej lub bardziej spokojnie wyjaśniły mi, że wisiadło to nie nosidło, i powróciłam z podkulonym ogonem do wspomnianego wcześniej forum (tym razem z uwzględnieniem słowniczka). Stajemy tu pomiędzy kobietami z buszu z dzikimi dziećmi w kolorowych szmatkach, a kolejnym super wymysłem cywilizacji, czyli sztywnym nosidłem (wisiadłem) absolutnie nie ergonomicznym, gdzie niemowlę dynda sobie nóżkami mało radośnie, z całym ciężarem ciała opartym w punkcie krocza (jak do tego dojdzie zamoczona pieluszka, to dziękuję...), ale przecież to takie popularne, wygodne i niewymagające rozwiązanie. Chociażby przeglądając oferty sklepów internetowych jesteśmy zasypywani właśnie różnymi modelami wisiadeł, przy których giną pojawiające się sporadycznie odpowiednie nosidła. Nie bez powodu także są one jednym z tańszych rozwiązań i chociaż nie zawsze cena jest adekwatna do jakości, tutaj jednak w większości przypadków warto poświęcić czas na dłuższe poszukiwania i zainwestować w zdrowie i bezpieczeństwo. 

Nosidła ergonomiczne miękkie mają cechy zarówno dzikiej chusty, jak i praktycznego super ucywilizowanego wisiadła, ale z zachowaniem wszystkich warunków bezpieczeństwa. Pozycja przodem do świata jest nie do przyjęcia ze względu na niekorzystne ułożenie kręgosłupa (dziecka). Dziecko, zarówno w chuście jak i nosidle, przylega ciasno i bezpośrednio do ciała rodzica (brzucha, biodra lub pleców), co pozwala nam odczuwać każdy jego ruch i napięcie mięśni, a to z kolei ułatwia rozpoznanie, kiedy odczuwa ono jakiś dyskomfort lub niepokój. Bardzo ważne jest także zapewnienie bezpiecznej pozycji w przypadku, kiedy dziecko zasypia. Podstawą wydaje się wspomniane już wcześniej ułożenie nóżek w pozycji żabki , które obejmują rodzica, co pozwala uniknąć uszkodzeń stawów biodrowych a wręcz koryguje istniejące wady bioderek. Jest to wygodne zwłaszcza podczas chodzenia po schodach, siadania lub kucania. Wiszące swobodnie w wisiadle nóżki krępują ruchy nóg osoby noszącej, a przy próbie siadania, kucania i chodzenia po schodach uciskają nóżki dziecka. Jeżeli ktoś wybiera wisiadło zamiast chusty, kierując się wygodą jego zakładania, powinien zrezygnować z tego nieświadomie błędnego wyboru, ponieważ osobiście zapewniam, że nosidła miękkie ergonomiczne są o wiele łatwiejsze w obsłudze! Zakłada się je szybciej (mają mniej klamerek, które trzeba zapiąć), są wygodniejsze zarówno dla dziecka, jak i dla noszącego, a ponadto w większości mają dodatkowe zabezpieczenia przed rozpięciem, czego o zgrozo w wisiadle nie widziałam. Ich miękka konstrukcja idealnie naśladuje chustę, co daje bezpieczne podparcie dla całego kręgosłupa dziecka, a pozycja dziecka przylegającego do naszego ciała, analogiczna do tej w chuście, pozwala na takie ułożenie środka ciężkości, że ciężar dziecka jest praktycznie nie odczuwalny dla naszych ramion, pleców i bioder. 

Dziecko noszone w chuście lub nosidle jest naturalnie i łagodnie stymulowane poprzez obserwowanie codziennych czynności wykonywanych przez rodzica. Notorycznie pozostawiane samo sobie w łóżeczku lub nawet przy zabawce interaktywnej szybko ulega znudzeniu, a więź miedzy nim, a rodzicem zanika. Można się wtedy spotkać z sytuacją, że nadmiernie pobudzone głośną zabawką dziecko staje się przemęczone, co w ostateczności sygnalizuje płaczem lub krzykiem. Powracający do niego rodzic jest pozbawiony możliwości dostrzeżenia wcześniejszych symptomów zmęczenia lub znudzenia i uniknięcia płaczu, który znowu uniemożliwia wyciszenie się i spokojne zaśnięcie. Oczywiście wspólna zabawa z dzieckiem z wykorzystaniem różnych zabawek jest jak najbardziej wskazana! Uważny rodzic szybko zauważy pierwsze znużenie i zakończy zabawę w porę. Dziecko będące blisko rodzica, w każdej chwili samo może wtulić się w jego ramiona odwracając się od dodatkowych bodźców. Rodzic noszący swoje dziecko także będzie mógł łatwiej wyczuć, kiedy dziecko staje się senne, kiedy głodne itp. W ten sposób jeszcze przed napadem płaczu, może odpowiednio zareagować i wyjść na przeciw potrzebom dziecka. Dziecko będące z dala od rodzica płacze nie tylko dlatego, że coś je boli lub jest głodne. Może po prostu czuć się samotne lub brakuje mu poczucia bezpieczeństwa, a my powinniśmy to uszanować i temu zaradzić. W momencie porodu gwałtownie traci cały swój świat i potrzebuje czasu, aby zaadoptować się do nowych warunków. Każdy z nas zresztą po zmianie chociażby miejsca zamieszkania, pracy lub szkoły potrzebuje czasu na aklimatyzację, tym bardziej więc powinniśmy zrozumieć niemowlęta! To cywilizacja i pogoń za wygodą kusi nas, aby odkładać dziecko do łóżeczka lub przeróżnych bujaczków, żeby się wypłakało, żeby nie szantażowało, żeby się nie przyzwyczajało, żeby tylko nie zajmowało czasu rodzicowi, który ma przecież swoje doskonale ułożone i zaplanowane życie. Oczywiście nie chcę tu uogólniać i krytykować leżaczków bujaczków i innych hamaczków, ale uprzejmie uwrażliwiam Drogich Rodziców, aby potrafili zaufawszy swojej intuicji i instynktom zachować złoty środek i korzystali z tych pomocy z sercem.

Taki złoty środek daje chusta / nosidło, ponieważ dziecko może wciąż pozostawać blisko, a rodzic może ze spokojem wykonywać większość domowych obowiązków, zapewniając dziecku wspaniałe atrakcje! O ile ciekawszy jest świat oglądany w ramionach mamy, kiedy chodząc łagodnie się kołysze. Jest tyle wrażeń, a ponadto stymulują się mięśnie i zmysł równowagi. Ten naprawdę niepozorny sposób stosowany od wieków w krajach Trzeciego Świata, jest o wiele lepszy niż pozostawienie maleństwa samego sobie w nudnej pozycji leżącej pod martwo wiszącymi tuż nad nosem, albo poza zasięgiem rączki grzechotkami. „Weź mnie, weź mnie na ręce. Mi nie potrzeba nic więcej” śpiewają dzieci w Arce Noego. I nie, żebym wybitnie lubiła ten zespół, ale słowa te są kwintesencją myśli, jaką chciałam tu ująć. 

Autor - Basia, 23/05/10